Disneyland (i Paryż)

W te wakacje spełniłam jedno ze swoich ogromnych marzeń — zabrałam mojego młodszego brata do Disneylandu. ❤️

I nie ukrywam, że był to chyba trochę ostatni gwizdek, bo było już sporo rzeczy, na które reagował: „Phi, dla dzieci”. 😅 Na szczęście większość atrakcji okazała się dla niego super!

Taki to wiek — 10–12 lat, kiedy już przecież nie jest się dzieckiem. Trwa to jakiś czas, aż później mija i człowiek znowu zaczyna dziecinnieć 😉 .

Zrobiliśmy sobie road trip, choć chyba był to już ostatni raz, kiedy tak nas pogrzało, żeby cisnąć 1500 km autem. 😂 Pomijając kwestię zmęczenia — mojego najbardziej — było super! Korek prowadził i miał swoją formę życia, a ja byłam tylko passenger princess, ale mimo wszystko ledwo żyłam, bo oczywiście nie sypiam podczas jazdy, żebyśmy przeżyli.

Po drodze zrobiliśmy sobie przystanek w Luksemburgu (tak, prawie po drodze ) i jeden nocleg w Szampanii, skąd przywieźliśmy zapas szampanów na następne kilka lat imprez. 🥂

Paryż 🇫🇷

Spędziliśmy kilka dni w Paryżu, zwiedzając najważniejsze miejsca, w tym oczywiście Luwr. Tłumy były takie, że momentami trudno było podziwiać sztukę, ale i tak — Luwr odhaczony! 😅

Jeśli chodzi o polecajki, to niezmiennie numerem jeden jest dla mnie Bouillon na placu Pigalle. Super wystrój, dobre jedzenie i naprawdę przyjazne ceny. Choć ja i moje samostwierdzone zaburzenia zamawiamy tam zawsze dokładnie to samo — ravioli Dauphiné w sosie porowym — i za każdym razem jest sztos! 😂 Warto zarezerwować stolik przez internet, bo w porze obiadowej bez rezerwacji trzeba odstać swoje w naprawdę długiej kolejce.

Naszym tegorocznym kulinarnym odkryciem była za to Le Petit Champ, niedaleko Łuku Triumfalnego. Wszystko, co zamówiliśmy, było naprawdę przepyszne, a ceny również całkiem w porządku. Zdecydowanie zapisuję to miejsce na przyszłość. 🤍

Inne kulinarne polecajki to Ladurée (ceny zawyżone ale kto próbował sam robić makaroniki w domu, to się nie dziwi 😉 ), i wspaniała lodziarnia Amorino, którą można znaleźć w wielu miastach (w Polsce niestety nie, nabliższa jest w Pradze). Nieopodal Wersalu (którego nie zwiedziliśmy, bo pomyliliśmy daty, na które kupiliśmy bilety…) trafiliśmy na najlepsze naleśniki jakie jedliśmy! Blé Noir – bardzo polecam, zarówno klasyczne, jak i te gryczane. No i w galerii poniżej, znajdziecie też żabie udka – teraz rarytas, a kiedyś jedzenie mnichów, którzy w ten sposób omijali nakaz postu (bo uznali, że żaba pływa, więc jest rybą). Ja niestety nie jestem w stanie przełknąć tych nóżek żabich baletnic ale Korek mówi, że smakują jak chudy kurczak, nic specjalnego.

Codziennie robiliśmy po średnio 30 tysięcy kroków, więc żeby trochę sobie urozmaicać nudne momenty, bawiliśmy się w polowanie na kolory – każdy szukał fajnych detali w wylosowanym kolorze.

Po krótkim paryskim tripie pojechaliśmy do naszego głównego celu podróży.

DISNEYLANDU!!! 🏰✨

Trudno opisywać, jak tam jest. Kto był, ten wie. Kto nie był — mam nadzieję, że będzie. ❤️

Bo wszystko, co sobie wymarzysz, myśląc o Disneylandzie, tam naprawdę jest.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Santa Fe, wystrój bardzo klimatyczny, faktycznie czuliśmy się jak w Nowym Meksyku (ułatwiał to też brak klimatyzacji – było naprawdę gorąco :P)

Spanie w hotelu Disneylandu daje możliwość wcześniejszego wejścia do parku i ta godzina więcej naprawdę dużo zmienia – w trakcie pierwszej ekstra godziny potrafiliśmy zaliczyć nawet 5 atrakcji, a w poźniejszych porach, gdy ludzi jest więcej, czasem do jednej atrakcji stoi się 60 minut. Na tym wyjeździe naszymi ulubionymi atrakcjami były:
– dla mojego brata – Piraci z Karaibów, był chyba tam z 10 razy 🙂
– dla mojego męża – Big Thunder Mountain – co najmniej dwa przejazdy dziennie + przejazd nocny podczas fajerwerków, gdy my wybraliśmy oczywiście fajerwerki 😛
– dla mnie Ratatuj oraz Star Wars The Adventures Continue – oba to tak naprawdę atrakcje multimedialne, choć ta druga to kino 3d, gdzie mocno rusza fotelami 🙂 oraz Big Thunder Mountain, na którą poprzednim razem bałam się wejść, dalej się boję ale nie żałuję bo jest ekstra!
Nienawiścią dozgonną darzę Crush’s Coaster, na który przypadkiem wsiadłam 3 lata temu i dostałam traumy 😉 jeśli się boicie rollercoasterów, to tego Wam zdecydowanie nie polecam.


„Zwiedziliśmy” też kilka knajpek – moją ulubioną Hakuna Matata, ulubioną męża – Cowboy Cookout BBQ oraz pierwszy raz byliśmy w Agrabah Café, jest to restauracja płać i jedz ile chcesz. Wszystko było przepyszne a wystrój wspaniały, czuliśmy się jak w prawdziwym arabskim mieście Alladyna. Udało nam się też (a nie było łatwo) zjeść u Remiego z Ratatuj. Jeśli miałabym polecić jedno miejsce to zjedzenia, to byłoby to właśnie Bistrot Chez Rémy. Wszystko w środku jest w powiększonej skali – przedziałkami są ogromne talerze, krzesełka zrobione z kapsli, na ścianach wielkie sztućce, więc można się poczuć jak mały szczurek we francuskiej restauracji ;P

Czy było warto przejechać autem 3000 km, żeby spędzić kilka dni w Paryżu i Disneylandzie?
Absolutnie tak. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *